W imieniu zwierząt i przyrody głosem adwokata

Sztuka a los zwierząt – rozmowa z Aleksandrą Janiszewską, historyczką sztuki

Karolina Kuszlewicz / 14 kwietnia 2020

Prawo, podobnie jak sztuka jest opowieścią o człowieku – właśnie z tych powodów mnie fascynuje. O każdej jego odsłonie, tej pięknej i tej mrocznej, także w stosunku do zwierząt. O uprzedzeniach, lękach i pragnieniach. Na poziomie prawa nazwiemy je zakazami, nakazami, roszczeniami, odpowiedzialnością karną. A jak to wygląda na poziomie sztuki? Co w ogóle sztuka, zwierzęta i prawo mają ze sobą wspólnego?

Zapraszam Państwa dziś na rozmowę z historyczką sztuki, Aleksandrą Janiszewską, która wspaniale opowiada o tym, co składa się na ludzki los i co jest jego udziałem. Pracuje na co dzień w Muzeum Narodowym w Warszawie jako kustoszka. Ukończyła studia z zakresu historii sztuki i gender studies oraz szkołę trenerską, a dziś sama wykłada m.in. na Uniwersytecie Warszawskim. Specjalizuje się w nowożytnej sztuce niderlandzkiej. Prowadzi bloga https://otulinablog.pl/, gdzie w charakterystyczny dla siebie, syntetyczny a jednocześnie uważny i głęboki, sposób opowiada poprzez historię sztuki o istocie tego, kim jesteśmy jako ludzie. Dziś dzieli się z nami wiedzą na temat losu zwierząt, mających swój, przymusowy udział w twórczości artystycznej. 

To rozmowa ze specjalistką w swojej dziedzinie, która koncertuje się raczej na faktach, zaś wnioski i oceny pozostawiam nam i zachęcam do komentowania. 

Karolina Kuszlewicz: „Jesteśmy opowieściami, które w sobie nosimy. Za ich pomocą poznajemy świat i siebie samych” – tak przedstawiasz się na jednych z profili zawodowych. No właśnie, gdybyś miała spojrzeć na relację człowiek – inne zwierzęta poprzez sztukę, swoją wiedzę i doświadczenie zawodowe, to co byś zobaczyła? Kim jesteśmy wobec zwierząt? 

Aleksandra Janiszewska: Jakie ciekawe pytanie! Dziękuję Ci za nie. W moim odczuciu sztuka na każdym etapie swojego powstawania opowiada historię relacji człowieka z otoczeniem, również ze zwierzętami. Można dzięki niej zaobserwować jak od pełnej szacunku fascynacji malarstwa naskalnego, przechodziliśmy do coraz bliższej relacji ze zwierzętami, aż po próbę całkowitego ich podporządkowania. Niektóre z nich zostały udomowione, inne – dzikie, pozostały poza możliwością kontroli przez człowieka.

Zwierzęta wyłaniają się ze ścian egipskich nekropolii w postaci hieroglifów, ich rysy przybierają bogowie. Horus, Hator, Anubis, czy Ibis mieli towarzyszyć zmarłym w zaświatach i dlatego ich przedstawienia gromadzone były w grobowcach. W tym czasie na pobliskiej Krecie czczono byka, czego wyrazem jest chociażby mit o Minotaurze, który miał być uwięziony przez Dedala w tamtejszym labiryncie. Z zachowanych polichromii wiemy, że na Krecie organizowano igrzyska z udziałem byków. To zapewne były zalążki korridy, ale nie krwawe – chodziło o sprawność fizyczną młodych mężczyzn, mieli oni wykonać figury akrobatyczne na grzbiecie zwierzęcia. Śmiałkowie mogli stracić życie w takiej “zabawie”. 

Freski z pałacu w Knossos na Krecie

 

Relacja człowiek-zwierzę, to też historia długotrwałej fascynacji.

Polichromie z ptakami z Melun czy delfiny z pałacu w Knossos to tylko odprysk tego jak powszechne były przedstawienia zwierząt. Zaryzykowałabym, że obok scen związanych z ówczesnymi wierzeniami, tematyka zwierzęca była drugą dominującą grupą przedstawień w czasach antycznych. W sztuce europejskiej wiele zmieniło się wraz z nastaniem chrześcijaństwa. Fascynacja światem zwierzęcym podszyta była “pogańskimi” wartościami, a Biblia jasno określa, że Bóg podporządkował człowiekowi wszelkie stworzenie. Potem rozmaicie kształtowała się w sztuce relacja człowieka i zwierząt, w scenie bożego narodzenia, jednym z najpopularniejszych tematów religijnych, w stajence w Betlejem zawsze pojawia się osioł i wół; na osiołku Jezus wjeżdża do Jerozolimy w niedzielę palmową. Ale to już nie jest ta sama relacja, co kiedyś. Jedyne potężne zwierzę w sztuce chrześcijańskiej to wąż kuszący pierwszych rodziców. Może to zabieg oderwania od kultów pogaństwa, gdzie zwierzęta bywały bóstwami o mocy sprawczej. 

Lucas Cranach St., Adam i Ewa, ok. 1510, Muzeum Narodowe w Warszawie

 

Potem już jesteśmy kronikarzami rozmaitych egzotycznych gatunków, które pojawiają się w Europie: lwy u Albrechta Dürera, słonica u Rembrandta, czy nosorożec u Pietro Longhiego. Artyści przeprowadzają wizualną wiwisekcję zwierząt z którymi się stykają. Dürer pozostawił po sobie największy ślad takiej aktywności, z jednej strony puchaty zając, a z drugiej studium skrzydła kraski. Niby nie ma w tym nic krzywdzącego, ale fakt, że brakuje reszty ciała oraz nienaturalnie ułożone skrzydło zawsze trochę przyprawiało mnie o ciarki. 

Albrecht Dürer, Skrzydło kraski, 1512, Albertina, Wiedeń

 

Osiemnasty wiek przynosi rozkwit zainteresowania historią naturalną, owady są bardzo wdzięcznym obiektem zainteresowań – generalnie nie są groźne, można je łatwo złapać i unieruchomić.

Ta nasza ciekawość świata kosztowała życie wiele istot, z jednej strony zyskaliśmy wiedzę, z drugiej stępiała się nasza empatia. Maria Sybilla Merian była jedną z entomolożek, która prowadziła obserwację nie zabijając przy okazji owadów, do tego obserwowała je w ich naturalnym środowisku. W tym celu pojechała nawet do Surinamu, by tam studiować lokalną faunę i florę. Mam wrażenie, że wraz z rozwojem kultury miejskiej, zwierzęta jeszcze bardziej znikają ze sztuki, a człowiek przejmuje kadr. Powracają za to jako wytwory podświadomości, emanacje represjonowanych potrzeb – jak u Henriego Füsslego w Marze nocnej czy u Goyi a potem u surrealistów. 

Johann Füssli, Koszmar, 1790-1791, Goethehaus, Frankfurt nad Menem

 

Sztuka współczesna zaczęła zadawać pytania o to samo, o co Ty pytasz – jaka jest właściwie relacja człowieka ze zwierzęciem, ile nam wolno, jak daleko zaszliśmy w naszej potrzebie dominacji. Nie jestem specjalistką od współczesności, przychodzi mi jednak do głowy performance Josepha Beuysa I Like America and America Likes Me, który zamknął się z żywym z kojotem w pomieszczeniu René Block Gallery w Nowym Jorku w 1974. Nie była to jednak refleksja o zwierzęciu samym w sobie, a traktowanym jako symbol natywnej Ameryki.

Beuys przez trzy dni z rzędu zamykał się na 8 godzin z kojotem, a ich wspólne bytowanie nagrywane było na taśmie wideo. Beuys po “pracy” wracał do swojego życia, a kojot był uwięziony w obcej mu przestrzeni. To były czasy sprzed refleksji nad zachowaniem dobrostanu zwierząt wykorzystywanych w sztuce. Swoją drogą sama jestem ciekawa, kiedy nastąpił przełom, który dla mnie symbolizuje napis pojawiający się na zakończenie filmów – “podczas kręcenia nie ucierpiało żadne zwierzę”.

KK: Jaki wpływ miały zwierzęta na pierwsze dzieła sztuki? Myślę np. słynnych malowidłach w jaskini Lascaux. Czy uważasz, że fascynacja zwierzętami miała znaczenie dla pierwszych twórczych aktów? Na ile dziś jest istotna w kontekście historii sztuki?

AJ: Bez zwierząt nie byłoby pierwszych malowideł. To nie człowiek był przedmiotem fascynacji, a właśnie zwierzęta. One wypełniały jego sny, fascynowały siłą, sprawnością, majestatem. Mówimy o czasie przed rewolucją agrarną, człowiek nie ma stada zwierząt domowych, które są zawsze pod ręką na wypadek głodu. Musi polować i szukać innych źródeł pożywienia poprzez uważne obserwowanie natury i zbieranie tych roślin, które mu wcześniej nie zaszkodziły.

Zwierzęta w okresie paleolitu otacza aura nieomal religijnej fascynacji, co odzwierciedlają ich wizerunki na ścianach jaskiń.

To nie było “zwykłe” malowanie czy szkicowanie natury, które znamy z naszych czasów. Niektórzy badacze uważają, że te malunki powstawały podczas wizji wspomaganych halucynogennie i miały na celu opanowanie duchów zwierząt, osłabienie ich imponującej mocy. Obok sławnych jaskiń w Lascaux czy Altamirze, w 1994 we Francji odkryto niesamowitą jaskinię nazwaną nazwiskiem jej odkrywcy – Jeana-Marie Chauveta. Fascynujące jest gdy uświadomimy sobie, że zachowane tam malowidła dzieli co najmniej 5 tysięcy lat, to tyle mniej więcej co nas od twórców piramid. Starsza grupa powstała 32,900 lat p.n.e, a nowsza – ok. 27,000–26,000 p.n.e.

Nosorożec z jaskini Chauveta, malarstwa naskalne

 

To musiało być miejsce o niezwykłej mocy, skoro przyciągało ludzi w tak znacznych odstępach czasu. Wszystkie malowidła przedstawiają zwierzęta, badacze doliczyli się 13 różnych gatunków. Fascynuje mnie, że wykonane były bardzo podstawowymi środkami – czernią ze spalonych materiałów i ochrą pozyskiwaną z gleby, ale przetrwanie zapewniły im procesy geologiczne, dzięki którym zabezpieczyła je wapienna skorupka. Werner Herzog nakręcił bardzo ciekawy film dokumentalny o tej jaskini i jej twórcach -„Jaskinia zapomnianych snów”.

Zwierzęta w tej roli powracają w sztuce inspirowanej marzeniami sennymi, jak u Salvadora Dali w jego „Śnie spowodowanym lotem pszczoły” i stanowią wehikuł dla rozmaitych treści wypartych przez świadomość, głównie z poziomu id. Pod tym względem zatoczyliśmy koło, a przynajmniej sztuka surrealistów. Oczywiście, dotyczy to sztuki zachodniej, ponieważ na Wschodzie rozwijało się to zupełnie inaczej. Nie jestem w tym temacie specjalistką, ale co najmniej do XIX wieku w sztuce Wschodu relacja człowiek-przyroda była bardzo silnie obecna, co wynikało z kultury i tamtejszych religii. Wydaje mi się, że w żadnej z nich człowiek nie ma prawa do dominacji nad resztą stworzenia, co znajduje swoje odzwierciedlenie w sztuce.

KK: Z obrazów i w ogóle zbiorów muzealnych wyłania się jednak los zwierząt, który jest zróżnicowany, wieloaspektowy. Pamiętam jeden z Twoich wpisów na blogu, który mnie szczególnie poruszył, dotyczący słonicy Hansken. Była zwierzęciem w niewoli, służyła niemal do chwalenia się. Co o niej możemy “przeczytać” z obrazów? 

AJ: Jeśli pytasz mnie o to jak wygląda reprezentacja zwierząt w dziełach sztuki europejskiej, to intuicyjnie powiem, że najwięcej jest koni jako podstawowego źródła transportu do czasu skonstruowania automobilu oraz zwierząt związanych z polowaniami – ukochanych psów gończych i martwej zwierzyny. W siedemnastym wieku powstał nawet specjalny gatunek martwych natur prezentujący ten krwawy urobek. 

David de Coninck, Pies, trofea myśliwskie i sowa, Muzeum Narodowe w Warszawie

 

Są również pieski jako salonowi towarzysze. Tak sobie myślę, że czasem używano wizerunku zwierzęcia jako kamuflażu dla zmysłowych odniesień, jak w przypadku Portretu Cecylii Gallerani Leonarda da Vinci, lepiej znanej jako Dama z gronostajem. Gallerani była młodziutką kochanką księcia Mediolanu, towarzyszące jej zwierzę to niewątpliwie nawiązanie do jej atutów. Wspomniałaś o Hansken, to jedna z moich ulubionych historii.

Rzadko się zdarza, żebyśmy mieli tak udokumentowane życie jakiegoś zwierzęcia z przeszłości.

Może prócz Wojtka podróżującego z armią Andersa, który zakończył życie w więzieniu zoologicznej klatki. Urodzona na Cejlonie Hansken pierwszy raz pojawiła się w Europie w Amsterdamie w 1633 jako kłopotliwy prezent dla namiestnika Niderlandów Fryderyka Henryka Orańskiego. Za jej pośrednictwem władca Cejlonu szukał przymierza w planowanym starciu z Portugalczykami.

Zanim jednak wojny na dobre się rozpoczęły, słonica zdążyła dwukrotnie zmienić “właściciela”. Przez następne 22 lata przemierzała Europę z Cornelisem van Groeneveltem, “popisując się” swoją inteligencją i umiejętnościami. Zawitała między innymi do Gdańska i Trzebiatowa, gdzie pamięć o niej jest wciąż żywa – zachowało się scraffito z jej wizerunkiem.

Zmarła we Florencji, gdzie jako ostatni naszkicował ją Stefano della Bella. Wielokrotnie portretował ją Rembrandt, moim ulubionym jest rysunek ze zbiorów Albertiny w Wiedniu. Zawsze irytowało mnie, że na reprodukcjach jej trąba jest przycięta przez krawędź ilustracji, aż zobaczyłam rysunek na własne oczy i okazało się, że ona tak została narysowana na karcie. Hansken doczekała się nawet swojej strony w internecie, gdzie zebrana jest cała dostępna wiedza na jej temat. 

Rembrandt van Rijn, Słonica, 1637, Albertina, Wiedeń

 

KK: Chcę zapytać o zwierzęta jako obiekty w muzeach historii naturalnej. Jak wyglądały praktyki tworzenia takich “obiektów”? Co o nich sądzisz?

AJ: Nie znam dokładnie szczegółów tworzenia takich kolekcji. Niewątpliwie mają one swoje korzenie w szaleństwie katalogowania (cytując tytuł książki Umberto Eco), potrzebie poznawczej, która stała za tworzeniem encyklopedycznych kolekcji “całego bożego stworzenia”. Drogę otwierają nowożytne kolekcje niezwykłych przedmiotów, do których zamawiane były również obrazy rozmaitych zwierząt. Jednym z artystów specjalizujących się w takich przedstawieniach był Roelant Savery, a temat arki Noego pozwalał mu zgromadzić rozmaite gatunki w obrębie jednej kompozycji – jak udomowione – psy, krowy, konie czy dzikie – te zamieszkujące europejskie lasy – wilki, dziki, bizony, czy jelenie, jak również egzotyczne z Afryki – słonie czy strusie, czy nawet z okolic Australii – kazuary. 

Roelant Savery, Arka Noego, ok. 1620-1629, Muzeum Narodowe w Warszawie

 

Jednak czasem ten głód wiedzy, potrzeba przekonania się na własne oczy jak wygląda fauna odległych krain doprowadził do rozwoju taksydermii, która umożliwiła gromadzenie kolekcji w muzeach historii naturalnej. Rozumiem, że w czasach, kiedy one powstawały fascynowały nowością i budziły dreszczyk emocji, że oto można stanąć “twarzą w twarz” z dzikim zwierzęciem. Dla mnie jednak ta formuła jest zupełnie wyczerpana, odrzuca mnie zapach unoszący się w pomieszczeniach tych muzeów oraz skala śmierci jaka była zadawana w imię “nauki”. Moim zdaniem to była czysta ciekawość, która niestety pcha ludzkość w nie zawsze fajne przestrzenie.

Pamiętam swoją wizytę w Muzeum Narodowym w czeskiej Pradze, wiele lat temu, kiedy prawie biegiem uciekłam z niekończących się sal z rozmaitymi wypchanymi zwierzętami.

Najbardziej w pamięci utkwiła mi gablota z rodziną niedźwiedzi polarnych, do tej pory czuję obrzydzenie wobec bezsensownie zadanej śmierci zdrowym zwierzętom.

Mam też mieszane uczucia wobec Piramidy zwierząt Katarzyny Kozyry, choć w tym wypadku zdają się być one świadomie wpisane w proces odbioru tego dzieła. Określana jako “mentalna terrorystka” Kozyra swoją pracą wywróciła wiele porządków. Dla przypomnienia Piramida zwierząt to ustawione jedno na drugim cztery wypchane zwierzęta – koń, pies, kot i kogut, nawiązujące do baśni braci Grimm. Z tego co wiem, były one przeznaczone do uśpienia nie ze względu na decyzję artystki, a swoich właścicieli, może oprócz koguta. Każdy w tej pracy może odnaleźć inne treści, dla mnie to pytanie o to czy rzeczywiście jesteśmy uprawnieni do zadawania śmierci każdej żywej istocie, która nie jest człowiekiem? 

Katarzyna Kozyra, Piramida zwierząt, 1993, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa

 

KK: Jak wygląda sprawa wykorzystywania zwierząt do wyrabiania materiałów na potrzeby sztuki? Do czego zwierzęta służyły, a może wciąż służą? Czy są to wciąż praktyki związane z krzywdą zwierząt?

AJ: W pewnym sensie nie byłoby sztuki, gdyby nie (niektóre) zwierzęta. Na każdym etapie jej tworzenia wykorzystywane były i są różnorodne materiały pochodzenia zwierzęcego. Pigmenty i barwniki stosowane do wyrobu farb w malarstwie dawnym wszystkie pochodzą z natury, dopiero w XIX wieku zaczęto produkować je syntetycznie. Każdy kolor, który możecie znaleźć na obrazach takich mistrzów jak Jan van Eyck, Leonardo da Vinci czy Rembrandt ma w sobie składnik wzięty bezpośrednio z natury.

Antyczna technika malarska – enkaustyka – polegała na wykorzystaniu wosku pszczelego jako spoiwa. Była dość trudna i czasochłonna, należało podgrzać wosk, połączyć go z pigmentami i szybko wykorzystać uzyskaną farbę, zanim zastygła wraz z utratą temperatury. W ten sposób wykonane są chociażby portrety fajumskie, jeden z najbardziej rozpoznawalnych przykładów to Portret chłopca z MNW. Inna, powszechnie stosowana od średniowiecza technika, tempera oparta jest na wykorzystaniu żółtka kurzego jako spoiwa. Do dziś stosuje się ją w pisaniu ikon. 

 

Portret chłopca z konikiem, 2 poł. 2 w. n.e.

 

Także wiele barwników ma pochodzenie zwierzęce, zwłaszcza odcieni czerwieni. Najpowszechniejsze wytwarzane były przy użyciu różnych gatunków owadów zwanych czerwiami. Dla nas w Polsce niewątpliwie najważniejsze były czerwce polskie – od nich pochodzi nazwa miesiąca w którym odbywały się jego zbiory, ale także nazwa samego koloru. Czerwce obok zboża, drewna i soli, były w XV i XVI stuleciu głównym towarem eksportowym Polski i Litwy. Najstarsza wzmianka o eksporcie czerwca pochodzi z 1412 roku.

Karmin z kolei to barwnik pozyskiwany z czerwca o nazwie koszenila pochodzącego z Meksyku. W Europie pojawił się po podboju Ameryki w XVI wieku i stopniowo wypierał czerwca polskiego. Zdaje się, że pomimo dłuższego szlaku handlowego, koszenila była dużo łatwiejsza w pozyskaniu.

Z resztą każdy z nas ma z nią kontakt, ponieważ służy również jako barwnik spożywczy oznaczany jako E20.

Z kolei szelak to odmiana żywicy naturalnej, pozyskiwanej z wydzieliny z czerwi żyjących w Indiach i Tajlandii, od starożytności stosowana jest tam jako barwnik do farbowania ubrań. Od XVI wieku zaczęła karierę również jako środek do wykańczania powierzchni mebli, a także składnik werniksów, laku i lakieru lutniczego. 

Cykl życia czerwca polskiego z Johann Philip Breyn, Historia naturalis Cocci Radicum…, 1731

 

Purpura z kolei to naturalny barwnik o szerokiej gamie odcieni czerwieni po głęboki fiolet. W języku angielskim z resztą purple oznacza właśnie fiolet, co zawsze mnie zaskakiwało, bo w języku polskim oznacza raczej głęboką czerwień. Uzyskiwany był z żyjących w Morzu Śródziemnym mięczaków z gatunków szkarłatników i rozkolcy. Jeden z najstarszych barwników wymienianych w źródłach historycznych.

Z resztą nie tylko barwniki pozyskiwano ze zwierząt. Pergamin, który dziś raczej kojarzy nam się tylko z papierem do pieczenia, wykonywany był ze skóry zwierząt, głównie owiec. Karty średniowiecznych manuskryptów wszystkie wykonane są z tysięcy skór zwierząt.

Księga o formacie zbliżonym do A3 (folio), składająca się z 500 stron to stado 250 owiec. Jego najdroższą odmianą był welin, bardzo cienki i miękki, pozyskiwany w niezwykle okrutny sposób.

Był wyrabiany ze skór płodów jagnięcych lub świeżo urodzonych jagniąt. Stosowano go do niewielkich, za to wielokartkowych wyrobów, szczególnie tych przeznaczonych do używania w czasie podróży, jak modlitewniki czy Biblie niewielkich rozmiarów. Stosowanie pergaminu wypierał papier, produkowany w Europie od k. XIII wieku. Niestety, jeszcze długo potem pergamin był wykorzystywany jako materiał “wyższy rangą”. 

Karty wykonane z welinu, przypisywane Jeanowi Le Noir, Modlitewnik Bonny Luksemburskiej, przed 1349,Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku

Również przybory piśmiennicze i malarskie nie istniałyby bez udziału zwierząt. Gęsie pióro chociażby to atrybut każdego skryby do końca XIX wieku. Bardzo ciekawie o “pierzastym” przemyśle napisał Thor Hanson w rozdziale swojej książki “Pióra. Ewolucja cudu natury”, którą z resztą pożyczyłam od Ciebie. Pióra to nie tylko narzędzia, ale również i materiały malarskie. W Meksyku zamiast pigmentów mineralnych, których nie było, używano kolorowych piór.

Władcy mieli własne ptaszarnie z ptakami o umaszczeniu we wszystkich możliwych odcieniach, tak by możliwym było tworzenie skomplikowanych kompozycji barwnych za ich pomocą (pisałam o tym tu).

W europejskim malarstwie stosuje się z kolei pędzle, które wykonane są z włosia różnych zwierząt – np. kuny, wołu, wiewiórki, kozy. Kiedy obserwujecie niezwykle cienką linię na piętnastowiecznym obrazie pomyślcie, że możliwa była dzięki pojedynczemu włosowi jakiegoś zwierzęcia. 

Aztecka tarcza, ok. 1500, Weltmuseum, Wiedeń

 

KK: Wosk, żółtko, włosie, skóra. Nie mam wątpliwości, że dziś sztuka powinna być wegańska. Myślę w tym kontekście o prawach człowieka związanych z potrzebą twórczego wyrazu, prawach związanych z wolnością artystyczną, gwarantowaną zresztą przez Konstytucję i jednocześnie prawach zwierząt związanych z realizacją własnych potrzeb, w tym podstawowym prawem do życia i zdrowia – ochronie przed cierpieniem czujących istot. Uważam, że czas, byśmy o prawach człowieka i prawach zwierząt przestali myśleć na zasadzie automatycznej kolizji, lecz szukali dróg rozwiązywania konfliktów interesów. Na ile dziś w ogóle w debacie o sztuce uwzględnia się prawa zwierząt? Na ile obecny jest w sztuce dyskurs o stawaniu granicy wolności artystycznej właśnie z uwagi na prawa zwierząt?

AJ: To bardzo trudne pytanie. Sztuka w swoją istotę ma wpisaną wolność. Najprościej mogę powiedzieć, że współczesny świat oferuje syntetyczne zamienniki wobec organicznych komponentów, spoiwem nie musi już być ani wosk ani żółtko, pędzle mogą być wykonane ze sztucznych tworzyw. Oczywiście, efekty osiągane w ten sposób różnią się od dzieł dawnych artystów, ale czy to coś złego?

Sztuka ewoluuje razem z człowiekiem. Dla mnie sztuka współczesna to przede wszystkim sztuka zaangażowana społecznie, krytyczna, taka która zwraca moją uwagę na podskórne problemy społeczne. I tu jest miejsce na Twoje pytanie – czy artyście wszystko wolno? Należy pamiętać, że niektóre prace mają w swoją strukturę wpisaną kontrowersję, właśnie po to, by w dyskusji wybrzmiały zastrzeżenia, by pozbawić świat płaszcza samozadowolenia wynikającego z ignorancji. Wspominałam już Piramidę zwierząt Katarzyny Kozyry, wciąż odbieram ją jako policzek wymierzony w poczucie bezpieczeństwa i samozadowolenia.

Coraz powszechniej też artyści czy zespoły kuratorskie poddają pod refleksję współpracę międzygatunkową i stawiają ją w centrum swoich artystycznych/kuratorskich zainteresowań.

Eksplorują świat przyrody bez wyzyskiwania go i wprowadzają do mainstreamu świata sztuki debatę o prawach zwierząt. Na drugim końcu skali są tacy artyści jak Damien Hirst, którzy wykorzystują zwierzęta tylko po to by szokować. Jego seria Natural History to instalacje z ciałami zwierząt zanurzonymi w formalinie, ale są i inne prace. Magazyn artnet oszacował, że do realizacji wszystkich prac wykorzystujących zwierzęta, pracownia Hirsta wykorzystała 913 450 zwierząt.

KK: Na koniec chcę Cię zapytać o Twojego bloga. Rozmawiałyśmy już o słonicy Hansken, której historię opisujesz w jednym ze swoich wpisów. Jakie jeszcze opowieści, w których pojawiają się zwierzęta lub przyroda znajdziemy u Ciebie?

AJ: Kiedy zakładałam bloga byłam w dość trudnej sytuacji osobistej, w moim życiu następowało wiele zmian pozbawionych pozytywnego zakończenia. Chciałam stworzyć takie miejsce, gdzie mogłabym poczuć się bezpiecznie, pośród ważnych dla mnie historii, opowiedzianych tak, jak lubię. Z tego narodziło się kilka ścieżek, które wydeptuję w poszukiwaniu nowych tematów. Jedną z nich są zwierzęta: to jak były ukazywane w sztuce, czego możemy się dzięki temu dowiedzieć o nich i ich miejscu w kulturze. 

W średniowieczu zwierzęta były ważne dla chrześcijańskiej wykładni świata, ich zachowania opisywano w bestiariuszach, jednak te historie tworzone były dość swobodnie i stanowiły przede wszystkim podstawę do wprowadzenia pouczającego komentarza, o czym możecie przeczytać więcej tu. Pisałam też o wyjątkowej postaci jaką była Maria Sybilla Merian, entomolożka. Każdy ze zilustrowanych przez nią owadów był oglądany w naturze (a nie w gabinecie badacza) i przedstawiany z rośliną na której żerował. W odróżnieniu od swoich kolegów po fachu starała się nie uśmiercać tematów swoich badań, o czym pisałam tuZaciekawił mnie przypadek dodo – endemicznego gatunku ptaka, który bezpiecznie dożył na Mauritiusie do siedemnastego wieku. Został wytrzebiony w niespełna wiek od przybycia na wyspę europejskich marynarzy, którzy go po prostu zjedli. Ta historia ma więcej odcieni, co opisałam tu. Opowieści wciąż przybywa, możecie śledzić ten link w poszukiwaniu najnowszych wpisów o zwierzętach. 

Cornelis Saftleven, Dodo, fragment, 1638, Boijmans van Beuningen, Rotterdam

Tematy podobne


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.